Cześć, powtarzam sobie to zdanie z tytułu w momentach słabości i póki co działa. Na wadze juz stabilne 72,8kg, więc teraz pracuję nad kolejnym kg. Wczoraj było 600kcal, dziś jak dotąd 205, wpadnie jeszcze cienka zupa ok 150kcal i pewnie koktajl truskawkowy (150). Taki jest plan, zobaczymy czy się uda.
piątek, 31 maja 2024
czwartek, 30 maja 2024
Grunt to kontrola
Hej, mam tę samoświadomość, że to może jeszcze nie być stały efekt, ale waga zeszła poniżej 73kg i jestem z tego powodu bardzo zadowolona (do szczęścia brakuje przynajmniej 20kg). Bardzo się staram, a wczoraj dużo się ruszałam i to pewnie pomogło. Zaczyna też procentować bezwzględne trzymanie się zasad: tylko chrupkie pieczywo, góra 2 kromki dziennie, zero cukru do herbaty, ograniczenie słodkiego do owoców lub jakiegoś drobiazgu do 100kcal kiedy już wysiadam. Stosuję 1 cheat day w tygodniu, kiedy jem trochę więcej, żeby pobudzić przemianę materii. Mam Marzenie i chce, żeby się spełniło. To marzenie to zejść poniżej 70kg do końca czerwca oraz do 63kg do końca sierpnia. Uda się?
niedziela, 26 maja 2024
sobota, 25 maja 2024
Dzień 009
Nie mogę narzekać, dieta idzie spoko, nie przekraczam zwykle 700 kcal, dałam sobie limit 500-800 póki co. Motywujące jest to, że muszę teraz gotować mega chudo, bo mój mąż miał problemy z żołądkiem i nie może jeść nic ciężkiego. Miewam głód, ale na razie radzę sobie piciem wody i żuciem gumy, więc jeszcze jest do opanowania.
Póki co waga się trzyma na poziomie 73,6, mam taką nadzieję, że do końca przyszłego tygodnia będzie ok 72,0. Trzymajcie tylko kciuki za moją silna wolę.
środa, 22 maja 2024
Dni 004-006
Hej, już się gubię w liczeniu dni.
Waga spadła o 0,5kg, dziś było średnio, bo zjadłam 2 łyżki ziemniaków puree. Do tego kalafior z wody (razem pewnie z 250 kcal), koktajl truskawkowy na kefirze (150 kcal), 3 kromki słonko z serem żółtym (200 kcal) i 4 ciasteczka typu maltanki, powyżej 200 kcal zapewne.
To za dużo, dużo za dużo.... I oczywiście, że czuję się jak wieloryb, nawet nie wątpcie.
niedziela, 19 maja 2024
Dni 002 i 003
Niestety piątek i sobota nie były mocnymi dniami... Powyżej 1000 kcal, bez zmian na wadze.
Dziś jak dotąd 3 minikromki sonko z twarożkiem półtłustym i masłem (ok 200kcal), miseczka galaretki truskawkowej z truskawkami świeżymi (150kcal), a przede mną obiad w postaci miseczki zupy dyniowo-marchewkowo-ziemniaczanej z lubczykiem i koperkiem (ok 100kcal). Na tym planuję poprzestać, by nie przekroczyć 500 kcal. Plus długi spacer z psem. Jak zauważyłyście, zaczęłam jeść kilka małych posiłków dziennie zamiast jednego dużego, wynika to z dwóch obserwacji: po pierwsze mój żołądek potrzebuje odpocząć od wrzucanych na raz dużych porcji, po drugie brzuch jest bardziej płaski, kiedy dostaje regularnie po odrobince. No i moje migreny są bardziej pod kontrolą, kiedy nie jestem na totalnym głodzie, zauważyłam to czytając ostatnio mojego starego bloga.
czwartek, 16 maja 2024
No to jazda... Dzień 001
Waga: 74,6
Zjadłam: 3 kromki sonko z masłem i serem żołtym (ok 200kcal przez ten ser..)
małą miseczkę ryżu na mleku owsianym z odrobiną kakao i cukru (obstawiam jakieś 250kcal)
miseczkę truskawek (70 kcal)
No i mamy to: 520 kcal. Pasuje.
poniedziałek, 13 maja 2024
Wspominki cz 2
Witajcie,
zjadłam dziś 500 kcal.. czytałam dalej swojego bloga. Aanderand, zdołałam część skopiować, kiedy onet poinformował o zamknięciu usługi, potem wybrałam fragmenty do zostawienia, a w weekend, przeglądając stare pendrivy przypadkiem się na nie natknęłam. Oto część druga, cholernie mnie nakręca:
chciałabym być doceniana, szanowana
za to kim jestem i co wyznaję, móc realizować swoje pasje nie
narażając się na śmieszność, nauczyć się hiszpańskiego,
zawsze czuć się tak jak w tej chwili, spełnić swoje marzenia i
żyć tak, jak chciałam od zawsze, wolna..
54kg...... nie no, to nie jest
anoreksja przecież.. i tylko to, że jem niewłaściwie (unikam dań
głównych żeby się nażreć czego innego) może świadczyć o
zaburzeniach.. No i to, że wczoraj chciałam się wyrzygać, ale nie
wyszło.. a tak dużo zjadłyśmy z dziewczynami w akademiku, pizza,
2 i pół kawałka, pół paczki pierników w lukrze i 1/3 paczki
paluszków słonych z sosem z pizzy. Nic więcej wczoraj nie jadłam,
ale to same fast foody.. dziś zaś paczka delicji i batonik
czekoladowy plus śniadanie cholera..
Na uczelni spotkałam się z
ludźmi, których nie widziałam 3 miesiące. 5 osób niezależnie od
siebie zauważyło jak bardzo schudłam (w tym jeden chłopak a oni
rzadko coś widzą), a 3 zrobiły mi wykład o anoreksji i
zaproponowały lekarza od głowy.. fajnie, już sama nie wiem w co
mam wierzyć. Jedna piękna dziewczyna, na której się wzorowałam
podeszła do mnie i mówiła, że już jestem od niej chudsza i że
ślicznie wyglądam i żebym dała sobie siana z dalszym
odchudzaniem.
Jeszcze tylko 4 kg.... tylko...
Jejuuuuuuuu za co???? czemu ja się
muszę obżerać jak maciora? i tak postęp, bo wczoraj rano było
54,9kg a przedwczoraj wstyd się przyznać - 55,5 :( Ale idę w
dobrym kierunku, szkoda tylko że pewnie zaś się obeżrę.. świnia,
krowa, muuuuu...
Byłam z katarem u lekarza, powiedział, że
czapka z głowy przed moim wyglądem, ale że czas z tym skończyć..
kurrrde, czemu ja się widzę taką grubą? te nogi, tłuste uda 51cm
w obwodzie bleeeeee... ale wszystkie kobiety w mojej rodzinie tak
mają, uda większe niż brzuch (który już mam czasem
zapadnięty)..
chcę na stałe 50-52kg, będę to sobie powtarzać
jak mantrę..
Moja nowa taktyka polega na całkowitym wywaleniu z jadłospisu słodyczy. Żegnajcie puste kalorie! Wiem, że będzie mi strasznie ciężko, ale to jedyne wyjście, bo tylko tak zapanuję nad tym niemożliwym głodem, który mnie zabija na co dzień.. Postaram się też jeść tylko małe śniadanie, obiad i jakiś jogurt na kolację, czyli tak, jak kiedy zaczynałam dietę, bo to było rozsądne. Nie obiecuję, że w ruch nie pójdzie tussi zwłaszcza przez ten feralny tydzień teraz, bo będę się zwijać z głodu, a przecież chodzę do pracy, muszę myśleć o czymś innym niż o żarciu. Ale postaram się opanować i nie brać dużo.
A tak w ogóle to do piątku
prowadzę ostrą dietę, żeby potem przy dziewczynach w akademiku
coś zjeść, żeby mi zaś wykładu nie palnęły, dlatego się
ograniczam bardziej niż normalnie.
niedziela, 12 maja 2024
Wspominki..
Nie zgadniecie co!
Natrafiłam na moje stare zapiski z bloga, który już dawno został usunięty przez onet.. Nie wiem, czy to dobry pomysł, ale chciałabym, żebyście je poczytały i napisały mi, czy miałyście podobnie.. Zapiski są sprzed 15 lat, więc mogą trochę trącić myszką ;)
Ostatnio głód jest moim największym
wrogiem, nie rodzinka, która wpycha jedzenie, ale właśnie mój
organizm i jego dopominanie się o jedzenie. Nieraz płaczę z głodu,
jestem też ciągle śpiąca..
Pomyślałam sobie "to koniec ty
gruba macioro, już nie schudniesz, skoro tak sobie
poczynasz.."
Dzisiaj rano orientacyjnie weszłam na wagę
żeby sprawdzić ile się tyje na takiej diecie i co? 53,8kg! Po raz
pierwszy od początku odchudzania! Jak? Jakim cudem? nie wiem, wiem
tylko że muszę się cholernie dziś pilnować, żeby się nie
objeść ze szczęścia :))
chcę być chuda, tak, aż będę
zadowolona, niezależnie od tego na jakiej wadze skończę.. mam
jadłowstręt psychiczny, tak, mam, bo wierzę, że odchudzanie doda
mi pewności siebie, bo wiem, że jest ryzykowne a jednak chcę się
nim katować dalej.. bo moja waga to jedyna rzecz nad jaką ostatnio
panuję.
mój dół może rywalizować głębokością z Rowem Mariańskim...
Recepta na to, jak po 4 dniach diety
zrobić z siebie grubą krowę?
Proste! Jeść 3 posiłki dziennie
w tym ostatni koło 20.00, zeżreć na śniadanie 640kcal...
wymieniać dalej?
Czytam "Chudą" i widzę
siebie jak przekraczam kolejne granice, jakie sobie stawiałam: 55kg
– waga, do której planowałam schudnąć zanim się wzięłam za
odchudzanie, 54kg - oficjalna waga do której chciałam schudnąć w
kwietniu, na początku odchudzania, 52kg - moja granica niedowagi,
50kg - dla równego rachunku, 48kg bo ta 4 mnie fascynuje (a 49
mogłoby zbyt łatwo zmienić się w 50), wreszcie 44kg która to
waga oznaczałaby dla mnie leczenie w szpitalu..
Dziś waga
pokazuje 53,2kg... Wczoraj nic nie jadłam, dziś na razie tylko
śniadanie i małą czekoladkę..
chudnę, ale niezdrowo, żrąc słodycze i nic więcej, robiąc głodówki, jeszcze w sumie tylko nie zniżyłam się do brania tussi :( jestem na to za dumna i za silna, potrafię wytrzymać najgorszy ból z głodu jeśli się zawezmę.. nie będę brała tego gówna.. nie..
zaliczam po kolei wszystkie możliwe
obsesje, dostaję fiołka na punkcie perfekcyjnego wywiązywania się
ze wszystkiego, jestem pracownikiem miesiąca, studentką roku, ha,
co ja mówię, stulecia!!!, tylko cierpi na tym mój organizm, no i
nie jestem szczęśliwa..
Waga wskazuje 52,3kg.. nie wiem, co
ostatnio jadłam, wiem, że mało i że prawie same słodycze,
konkrety lądowały w koszu lub kiblu bo panicznie bałam się że
znowu zacznę tyć.. a bez słodyczy nie wyrabiałam w pracy, nie
miałam humoru ani chęci do życia. Teraz siedzę przed komputerem z
mp3 na uszach i wypróżniona herbatą ziołową (wiecie, jaką),
czuję, że odlatuję, czuję się lekka jak chmurka.. w takich
chwilach wierzę, że żadne katusze mnie nie złamią, że wszystko
przetrzymam, byle tylko dalej się czuć tak zwiewnie..
No i to by było tyle na dziś, napiszcie, czy macie ochotę poczytać soczystsze kawałki..
środa, 8 maja 2024
Another day in hell
Witajcie,
obiecałam sobie, że będę częściej pisać, ale dlaczego? to wymaga wyjaśnienia. Zaczynam mieć ten zaburzony mindset, który przez tyle lat sprawiał, że bałam się przytyć i potrafiłam trzymać wagę poniżej 52kg. Myślę o tym ciągle, migrena mi dowala w tym roku strasznie, leki stałe przestają działać, a wtedy jedynym co mogę kontrolować jest nie zgadniecie co.. no wiadomo, jedzenie.
Dziś zjadłam 3 mini żytnie kromki sonko z serem i ogórkiem kiszonym: 150kcal i 10 truskawek czyli jakieś 50kcal. Może jeszcze coś zjem, ale szczerze? nie mam ochoty.. Wiem, wiem, ale naprawdę nie chce mi się, mam doła z powodu tego, jak strasznie się rozrosłam przez ostatnie 10 lat. Wiem, że poczułabym się lepiej psychicznie nie przekraczając 500 kcal na dobę. Muszę mieć coś swojego, coś bliskiego, co znam, bo załamanie jest bliskie.
piątek, 3 maja 2024
Dziwnie
Witajcie, nie było mnie chyba z dwa miesiące! Weszłam dziś na bloga tylko po to, żeby was poczytać, ale w końcu postanowiłam, że zrobię update, żebyście już totalnie nie wykreśliły Arieli ze swych serduszek ;)
Co więc u mnie?
Praca dom praca dom i trochę mnie to przybija. Teraz weekend majowy a ja tylko leżakuje nie mam planów, słucham jakichś motywujących filmików na youtube, rozkminiam czy Eugenia Cooney jeszcze żyje, skoro nie dodaje nic nowego na yt, oglądam po 1 odcinku różnych seriali na netfliksie i je odrzucam, bo nic mi nie pasuje, na dodatek mój mąż też ma jakiegoś doła i idzie w przyszłym tygodniu do psychodoktora po leki.
Wagowo stanęłam na 74kg i mam kłopot z ogarnięciem ilości jedzenia, tzn teraz jakby lepiej, ale ostatni miesiąc był pełen nerwów i podjadania. Z plusów dodatnich udało mi się już nie przytyć, bo wyjściową wagę miałam 80kg. I w sumie najgorsze w tym wszystkim jest to, że wchodzę znów w ten chorobliwy mindset, mam ochotę nie jeść nic lub się obzerać.
Odkryłam też, że już niestety widocznie się starzeję, bez podkładu już z domu nie wyjdę. Nadal też czuję się kosmicznie gruba, wiem, że to głupie przeświadczenie, ale naprawdę myślę, że wyszłabym z doła gdybym schudła te 20kg.. Ćwiczę, mało, ale jednak codziennie, jak wydłużę czas to będę ćwiczyć co 2 dzień, na razie muszę się na nowo wdrożyć, bo miałam długą przerwę spowodowana niekończącymi się infekcjami zatok i gardła. Nie ćwiczyłam wtedy bo musiałam mieć siły by iść do pracy jakoś w tym stanie i nie mogłam sobie pozwolić na pogorszenie i ciągłe L4.
To by było chyba na tyle, postaram się częściej pisać, bo to mnie motywuje do niejedzenia. Kurde jestem starą babą, która tęskni za swoją anoreksją... znacie to, nie?
Do następnego!