Nie zgadniecie co!
Natrafiłam na moje stare zapiski z bloga, który już dawno został usunięty przez onet.. Nie wiem, czy to dobry pomysł, ale chciałabym, żebyście je poczytały i napisały mi, czy miałyście podobnie.. Zapiski są sprzed 15 lat, więc mogą trochę trącić myszką ;)
Ostatnio głód jest moim największym
wrogiem, nie rodzinka, która wpycha jedzenie, ale właśnie mój
organizm i jego dopominanie się o jedzenie. Nieraz płaczę z głodu,
jestem też ciągle śpiąca..
Pomyślałam sobie "to koniec ty
gruba macioro, już nie schudniesz, skoro tak sobie
poczynasz.."
Dzisiaj rano orientacyjnie weszłam na wagę
żeby sprawdzić ile się tyje na takiej diecie i co? 53,8kg! Po raz
pierwszy od początku odchudzania! Jak? Jakim cudem? nie wiem, wiem
tylko że muszę się cholernie dziś pilnować, żeby się nie
objeść ze szczęścia :))
chcę być chuda, tak, aż będę
zadowolona, niezależnie od tego na jakiej wadze skończę.. mam
jadłowstręt psychiczny, tak, mam, bo wierzę, że odchudzanie doda
mi pewności siebie, bo wiem, że jest ryzykowne a jednak chcę się
nim katować dalej.. bo moja waga to jedyna rzecz nad jaką ostatnio
panuję.
mój dół może rywalizować
głębokością z Rowem Mariańskim...
Recepta na to, jak po 4 dniach diety
zrobić z siebie grubą krowę?
Proste! Jeść 3 posiłki dziennie
w tym ostatni koło 20.00, zeżreć na śniadanie 640kcal...
wymieniać dalej?
Czytam "Chudą" i widzę
siebie jak przekraczam kolejne granice, jakie sobie stawiałam: 55kg
– waga, do której planowałam schudnąć zanim się wzięłam za
odchudzanie, 54kg - oficjalna waga do której chciałam schudnąć w
kwietniu, na początku odchudzania, 52kg - moja granica niedowagi,
50kg - dla równego rachunku, 48kg bo ta 4 mnie fascynuje (a 49
mogłoby zbyt łatwo zmienić się w 50), wreszcie 44kg która to
waga oznaczałaby dla mnie leczenie w szpitalu..
Dziś waga
pokazuje 53,2kg... Wczoraj nic nie jadłam, dziś na razie tylko
śniadanie i małą czekoladkę..
chudnę, ale niezdrowo, żrąc słodycze
i nic więcej, robiąc głodówki, jeszcze w sumie tylko nie zniżyłam
się do brania tussi :( jestem na to za dumna i za silna, potrafię
wytrzymać najgorszy ból z głodu jeśli się zawezmę.. nie będę
brała tego gówna.. nie..
zaliczam po kolei wszystkie możliwe
obsesje, dostaję fiołka na punkcie perfekcyjnego wywiązywania się
ze wszystkiego, jestem pracownikiem miesiąca, studentką roku, ha,
co ja mówię, stulecia!!!, tylko cierpi na tym mój organizm, no i
nie jestem szczęśliwa..
Waga wskazuje 52,3kg.. nie wiem, co
ostatnio jadłam, wiem, że mało i że prawie same słodycze,
konkrety lądowały w koszu lub kiblu bo panicznie bałam się że
znowu zacznę tyć.. a bez słodyczy nie wyrabiałam w pracy, nie
miałam humoru ani chęci do życia. Teraz siedzę przed komputerem z
mp3 na uszach i wypróżniona herbatą ziołową (wiecie, jaką),
czuję, że odlatuję, czuję się lekka jak chmurka.. w takich
chwilach wierzę, że żadne katusze mnie nie złamią, że wszystko
przetrzymam, byle tylko dalej się czuć tak zwiewnie..
No i to by było tyle na dziś, napiszcie, czy macie ochotę poczytać soczystsze kawałki..